Blog

Sandacz w Skandynawii – gdzie go szukać i jak łowić? Praktyczny poradnik

Sandacz to ryba, która potrafi zrobić z dorosłego faceta dzieciaka czekającego na Mikołaja. Wiem, bo sam tak mam. Kiedy po raz pierwszy jechałem łowić mętnookie za granicę, byłem święcie przekonany, że skoro Skandynawia, to wystarczy wrzucić cokolwiek do wody i wyjąć rybę życia. Otóż… nie do końca. Wody na północy są bez porównania zdrowsze i rybniejsze od naszych, ale sandacz pozostaje sandaczem – kapryśnym, humorzastym drapieżnikiem, który jednego dnia bije wszystko, co się rusza, a następnego mija obojętnie najpiękniej podaną gumę. Poniżej zebrałem to, czego nauczyły mnie lata wypraw na skandynawskie jeziora. Bez owijania w bawełnę, za to z paroma historiami z wody.

Najpierw znajdź rybę, potem myśl o przynęcie

Największy błąd, jaki widzę u wędkarzy jadących pierwszy raz na północ? Rzucanie „na pamięć”. W Polsce często łowimy na niewielkich zbiornikach, gdzie miejscówki zna się na pamięć albo podpatrzy u innych. Tymczasem skandynawskie jeziora bywają rozległe jak małe morza i bez planu można przez pół wyjazdu moczyć gumę w wodzie, w której ryb po prostu nie ma. Dlatego u nas na wyprawach pierwsze godziny na nowej wodzie to zawsze pływanie z nosem w echosondzie. Nudne? Może trochę. Ale to właśnie te godziny potem procentują.

Czego szukamy? Trzech rzeczy. Po pierwsze – podwodnych górek, zwłaszcza takich, które sąsiadują z głęboką wodą. Po drugie – krawędzi i spadów, bo sandacz przemieszcza się wzdłuż załamań dna jak samochody po autostradzie. Po trzecie – ławic drobnicy, szczególnie latem, kiedy drapieżniki potrafią wisieć w toni pod stadami małych rybek zupełnie niezależnie od dna. Na jeziorze Vuotjärvi w Finlandii, które mamy w ofercie, charakterystyczne górki i blaty to podręcznikowe stanowiska – z jednego dobrego ustawienia łodzi potrafi wyjechać naprawdę ładna seria ryb, a przy okazji kilkadziesiąt okoni, jeśli akurat pasiaki mają dobry dzień.

Dorodny sandacz złowiony w dzień na skandynawskim jeziorze

Pory żerowania, czyli dlaczego warto zarywać noce

Sandacz kocha słabe światło i tego się trzymajmy. Ostatnia godzina przed zmrokiem i pierwsza po świcie to często okna, w których dzieje się więcej niż przez całą resztę dnia razem wziętą. Pochmurna, wietrzna pogoda potrafi te okna rozciągnąć na cały dzień – i to są te wyjazdy, które wspomina się latami. Z kolei flauta i słońce od bezchmurnego nieba to sygnał, żeby zejść głębiej, zwolnić prezentację i uzbroić się w cierpliwość.

No i noce. Wiem, że po całym dniu machania kijem człowiek marzy o koi, ale nocne sandacze to osobny rozdział wędkarstwa. Ryby wychodzą wtedy żerować na płytsze blaty i potrafią bić przynętę tak, że drętwieje ręka. Na naszych wyprawach nieraz okazywało się, że najlepsza ryba tygodnia padła grubo po zmroku, kiedy większość ekipy już spała. Jeśli więc czujesz, że masz jeszcze siły – popłyń. Najwyżej odeśpisz w porze obiadowej, w końcu to urlop.

Nocny sandacz złowiony przy echosondzie z aktywnym sonarem

Trzy techniki, które robią wyniki na północy

Jig, czyli klasyka, która nie umiera

Główka z gumą prowadzona opadem po krawędziach i stokach to chleb powszedni sandaczysty i na skandynawskich wodach działa dokładnie tak samo jak u nas – tylko brania bywają częstsze. Wiosną i wczesnym latem nie bójmy się mniejszych przynęt, bo w wodzie pełno jest drobnego wiktu. Za to jesienią śmiało sięgajmy po gumy 12-15 cm. Tamtejsze sandacze nie mają kompleksów i duży kęs traktują jak zaproszenie, a przy okazji taka przynęta odsiewa najmniejsze ryby.

Vertical, czyli cierpliwość popłaca

Pionowe łowienie spod łodzi to moim zdaniem najskuteczniejszy sposób na naprawdę duże, głęboko stojące ryby – zwłaszcza jesienią, kiedy sandacze schodzą na krawędzie i stoki. Wymaga dobrej pracy echosondą i żelaznych nerwów, bo czasem prezentujemy przynętę jednej rybie przez kilka minut, zanim ta łaskawie otworzy pysk. Ale kiedy już otworzy… Nieprzypadkowo lokalsi na fińskich i szwedzkich wodach, z którymi rozmawialiśmy zbierając informacje o łowiskach, swoje największe okazy – te osiemdziesiąt plus i dziewięćdziesiąt plus – w większości łowią właśnie verticalem.

Trolling, czyli jak szybko znaleźć aktywne ryby

Na rozległych akwenach trolling to nie obciach, tylko narzędzie. Wobler prowadzony wzdłuż krawędzi i nad blatami pozwala przeczesać w godzinę tyle wody, ile jiggując obłowilibyśmy przez pół dnia. A bonus bywa gruby – dosłownie. Na Vuotjärvi w holowanego sandacza czy okonia potrafi uderzyć naprawdę tęgi szczupak i nagle z łowienia mętnookich robi się walka z krokodylem. Dlatego na trollingu nigdy nie żałujmy przyponu.

Gruby okoń złowiony na gumę podczas wyprawy FishingTour

Okoń, czyli plan B, który bywa planem A

Mała dygresja, ale ważna. Kiedy sandacz zatnie się w humorach – a zatnie się na pewno, przynajmniej na dzień czy dwa – nie ma co walić głową w mur. Skandynawskie jeziora słyną z okonia i to nie byle jakiego. Zejście z rozmiarem przynęty i poszukanie pasiaków przy górkach potrafi uratować dzień, a przy okazji dostarczyć zabawy, jakiej nie powstydziłby się niejeden „poważny” gatunek. Widziałem dorosłych mężczyzn piszczących z radości przy branach czterdziestek. Zresztą sam piszczałem.

Sprzęt i elektronika – co naprawdę ma znaczenie

Nie trzeba wydawać fortuny, ale kilka rzeczy robi różnicę. Kij o ciężarze wyrzutu dopasowanym do jiga i gumy (a nie „uniwersalny do wszystkiego”), plecionka z czułością, po której czuć każde puknięcie, i fluorocarbonowy przypon. Do tego porządna echosonda – i tu nie ma dyskusji. Na naszych łodziach montujemy nowoczesne echosondy z dokładnym obrazowaniem struktury dna, bo bez tego szukanie sandacza na dużej wodzie to loteria. Kto raz zobaczył na ekranie, jak ryba podchodzi do jego przynęty, ten już wie, dlaczego elektronika to nie fanaberia, tylko podstawowe narzędzie.

Uszanuj wodę, a woda się odwdzięczy

Skandynawskie łowiska są tak dobre nie przez przypadek. Obowiązują tam rozsądne limity i wymiary, a znakomita większość wędkarzy wypuszcza ryby – my na naszych wyprawach również trzymamy się zasady, że duża samica wraca do wody po szybkim zdjęciu. Przed wyjazdem zawsze sprawdźcie przepisy konkretnej wody, bo różnią się między łowiskami – w opisach naszych ofert znajdziecie aktualne zasady dla każdego akwenu. To dzięki temu za pięć i dziesięć lat nadal będzie tam czego szukać.

Od czego zacząć?

Jeśli sandacz chodzi Ci po głowie, a nie chcesz uczyć się wszystkiego na własnych błędach, po prostu jedź z kimś, kto te błędy ma już za sobą. Nasze wyprawy wędkarskie organizujemy wyłącznie na wodach, które znamy z własnych pobytów – od szwedzkich jezior z metrowymi sandaczami po naszą najnowszą perełkę, fińskie jezioro Vuotjärvi. Doradzimy termin, technikę i zestaw przynęt pod konkretną wodę. A potem już tylko zmierzch, cisza i to jedno charakterystyczne puknięcie w plecionkę, dla którego się to wszystko robi.

Zainteresowany tą wyprawą?

Zadzwoń lub napisz — podpowiemy termin i skompletujemy wyjazd.