Do dziś pamiętam swoje pakowanie przed pierwszym zagranicznym wyjazdem na ryby. Cztery pudła przynęt (łowiły potem może dwa wzory), trzy kije „bo nie wiadomo”, pół szafy ubrań i ani jednej zapasowej szpuli plecionki – którą oczywiście zerwałem drugiego dnia na zaczepie. Do tego kupione na ostatnią chwilę pozwolenie, o którym przypomniałem sobie na promie. Przeżyłem, ryby też, ale nerwów szkoda. Ten tekst to lista, którą sam chciałbym dostać przed tamtym wyjazdem. Zapiszcie ją sobie, wydrukujcie, przyklejcie na lodówkę – i pakujcie się jak ludzie, a nie jak ja wtedy.
Dokumenty, czyli nudy, które potrafią zepsuć wyjazd
Zacznę od najmniej romantycznej części, bo to ona najczęściej się mści. Dowód osobisty wystarczy w całej Unii i w Norwegii, ale sprawdźcie datę ważności – nie w dniu wyjazdu, tylko teraz, bo wyrobienie nowego trwa. Karta EKUZ jest darmowa i załatwia podstawową opiekę zdrowotną w UE, a do tego warto dorzucić prywatne ubezpieczenie KL i NNW za kilkadziesiąt złotych. Wiem, nikt nie planuje wypadku. Hak w palcu na łodzi dwie godziny od portu też nie był w moich planach.
Licencje wędkarskie to temat, który u nas budzi lekką panikę, a niesłusznie. W Skandynawii większość wód wymaga po prostu wykupienia pozwolenia na konkretne łowisko lub region – zwykle robi się to online w kilka minut, bez egzaminów i bez biurokracji. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie kliknąć i za co dokładnie się płaci. Na wyjazdach z nami ten temat macie z głowy, bo formalności łowiskowe bierzemy na siebie, ale jadąc na własną rękę sprawdźcie zasady konkretnej wody, zanim spakujecie kije.
Sprzęt: mniej rzeczy, więcej zapasów
Paradoks pakowania wędkarza wygląda tak: bierzemy dziesięć pudeł przynęt „na każdą ewentualność” i ani jednego zapasowego szczytówkowego przelotki, głowicy do podbieraka czy właśnie szpuli plecionki. A na wyjeździe psują się i kończą rzeczy nudne, nie kolorowe.
Po latach doszedłem do prostego układu. Dwa zestawy: lżejszy do jigowania i mocniejszy do trollingu albo dużych przynęt. Do tego kołowrotki z zapasową szpulą, jedno – słownie: jedno – pudło sprawdzonych przynęt (gumy w kilku rozmiarach i kolorach, główki o różnych wagach, parę woblerów, coś na okonia), przypony fluorocarbonowe i stalowe, podbierak z długą rączką, wypychacz, cęgi, miarka. Koniec listy. Serio. Wszystko, czego wam zabraknie, da się pożyczyć od ekipy albo dokupić na miejscu, a połowa tego, co „może się przydać”, wróci do domu nietknięta. Przed naszymi wyprawami wysyłamy zresztą uczestnikom listę przynęt dopasowaną do konkretnej wody i pory roku – po to, żeby nikt nie wiózł czterech pudeł jak ja kiedyś.

Ubranie: system trzech warstw, a nie „gruba kurtka”
Na wodzie zawsze jest zimniej niż na lądzie, a skandynawska pogoda umie w ciągu jednego dnia pokazać wszystkie cztery pory roku. Byłem na majowych wyjazdach, gdzie rano skrobaliśmy szron z pokładu, a w południe łowiliśmy w koszulkach. Dlatego nie „gruba kurtka”, tylko warstwy: termoaktywna bielizna przy ciele, polar na to i wodoodporna skorupa na wierzch – kurtka plus spodnie. Zimno? Dokładamy warstwę. Ciepło? Zdejmujemy. Do tego czapka, komin, rękawice (nawet latem, przy dłuższych przelotach łodzią palce dziękują), no i buty – koniecznie nieprzemakalne, z podeszwą, która trzyma na mokrym pokładzie.
Osobny akapit należy się okularom polaryzacyjnym. To nie gadżet. One zdejmują odblask z wody, więc widzicie górki, opadające blaty i cienie ryb tam, gdzie gołe oko widzi tylko taflę. A przy okazji chronią oczy przed przynętą lecącą z zerwania. Kupcie porządne i nie wypuszczajcie ich z rąk.
Bezpieczeństwo, czyli rzeczy, o których się nie myśli, dopóki nie trzeba
Kamizelka asekuracyjna – zawsze, na każdym przepłynięciu, choćby dwustumetrowym. Woda w Skandynawii nawet latem bywa lodowata i na pełnym ubraniu nie płynie się dobrze, mówię to z całą powagą. Poza tym: naładowany telefon w wodoszczelnym etui, powerbank, zapisany numer do gospodarza bazy (112 działa w całej Unii), podstawowa apteczka. I repelent na komary – kto był w Finlandii albo Szwecji w czerwcu czy lipcu, ten wie, że to nie jest punkt opcjonalny, tylko kwestia przetrwania wieczorów przy grillu.
Przy łowieniu po zmroku dorzućcie latarkę czołową plus zapasową. Wyjmowanie haczyka z pyska nocnego sandacza przy świetle telefonu trzymanego w zębach przerabiałem. Nie polecam.
Logistyka: drobiazgi, które robią różnicę
Kilka rzeczy, które warto wiedzieć zawczasu. Zakupy spożywcze róbcie od razu po przyjeździe, po drodze do bazy – domki nad dzikimi jeziorami bywają pół godziny drogi od najbliższego sklepu i nikt nie chce robić tej trasy codziennie. Gotówka w zasadzie zbędna: w Szwecji, Finlandii i Norwegii kartą zapłacicie wszędzie, łącznie z automatem na pozwolenia. Gniazdka takie same jak w Polsce, roaming w UE działa jak w kraju (w Norwegii sprawdźcie swój pakiet u operatora, bo to nie Unia). Lecąc samolotem, wędki nadajecie w twardej tubie jako bagaż rejestrowany – działa bez problemu, tylko kupcie tubę wcześniej i przećwiczcie pakowanie, bo pierwszy raz zawsze trwa kwadrans.
A jeśli jedziecie autem z promem – policzcie realnie czas. Z Polski nad środkową szwedzką wodę potrafi wyjść kilkanaście godzin drogi. Da się, robimy to regularnie, ale ostatni odcinek po ciemku, po drodze pełnej łosi, wymaga świeżego kierowcy. Lepiej wyjechać wcześniej i przespać się po drodze, niż zajechać na miejsce zombie.
Najważniejszy punkt checklisty
Sprzęt można pożyczyć, ubranie dokupić, a pozwolenie wykupić z telefonu na pomoście. Jednej rzeczy nie da się załatwić na miejscu: wiedzy o wodzie. Gdzie stoją ryby w tym tygodniu, o której żerują, czego unikać, gdzie nie wpływać, bo płycizna urwie śrubę. Dlatego pierwszą zagraniczną wyprawę najlepiej odbyć z kimś, kto daną wodę zna od lat. Nasze wyprawy prowadzimy wyłącznie na łowiskach, które sami regularnie łowimy – od Szwecji, przez Finlandię, po hiszpańskie Ebro. A jak łowić sandacza, kiedy już dojedziecie, opisałem w osobnym poradniku. Masz pytania przed pierwszym wyjazdem? Napisz do nas – odpowiadamy szczerze, także wtedy, gdy uczciwa odpowiedź brzmi „ten termin sobie odpuść”.